Wyznanie najgorszej matki świata

Zaczęło się źle.

Jestem Celina, mam 32 lata i od ponad dwudziestu miesięcy jestem najgorszą matką. To było mi pisane od samego początku. Nie rodziłam naturalnie, więc można powiedzieć, że nie rodziłam. Od początku miałam problem z karmieniem, więc musiałam dziecko dokarmiać mlekiem modyfikowanym. Rozumiecie? Tym syfem, co równie dobrze mogłabym mu hamburgera z maca podać.

Śpi najgorzej.

Przy takich początkach to dalej nie mogło być lepiej. Po długim karmieniu w nocy i dodatkowym odsysaniu laktatorem, zmęczona niechętnie usypiałam dziecko w jego łóżeczku. Zrobiłam więc i nadal robię swojemu dziecku wielką krzywdę i uwaga, śpi on z nami w łóżku. Jest mi wstyd, bo zrobiłam to dla własnej wygody, dziecko zasypiało w mgnieniu oka i nie musiałam wstawać na karmienie.

Wymusza.

Co gorsza rozpieszczam swoje dziecko i od początku pozwalam mu wymuszać. Z każdym jego najmniejszym płaczem od razu do niego przybiegałam. Gdy okazywało się, że chce tylko być noszony na rękach, nosiłam. Nawet, wybaczcie, zdarzyło się, że łażąc po mieszkaniu w chuście książkę przeczytałam. Gdy brałam go na ręce widziałam jego zadowolenie i spokój. Triumf manipulatora.

Nie odżywia się.

To nie tak, że się nie starałam. Ze smoczkiem bardzo długo się wzbraniałam, ale w końcu dałam za wygraną. Wiecie, słabość charakteru. A gdy przyszedł czas rozszerzania diety, podawałam dziecku całe kawałki warzyw i pozwoliłam mu się nie raz zakrztusić. A jak już nie mogłam tego wytrzymać to podawałam, o zgrozo, słoiczki. Z resztą do dzisiaj czasem je podaję. Ale to nie koniec mojej demoralizacji w kwestii żywienia. Tzn. jedzenia. Bo my zamiast się odżywiać niestety po prostu, zwyczajnie jemy. I to moje biedne dziecko zje czasem wafla, chrupki kuku, serek z tubki lub (o matko, nie bijcie) parówkę! A do swoich ciast nie raz dodaję (tak wiem) zwykły cukier! Ogólnie od ukończenia roczku, biedne dziecko moje, je praktycznie wszystko i sam. Chociaż jak chce to karmię go łyżeczką, tudzież widelcem.

Bez czapeczki.

Przy tym wszystkim już was pewnie nie zaskoczę, gdy powiem, że gdzieś od marca moje dziecko nie nosi czapeczki. A praktycznie od urodzenia wychodzi przynajmniej raz dziennie na zewnątrz. Bez względu na pogodę. Już się nasłuchałam jak tym męczę biedaka. No a jak miał 6 tygodni to byłam z nim w galerii handlowej. Bad, bad person.

Inne złe rzeczy.

Wisienką na tym zgniłym torcie niech będzie to, że pozwalam mojemu dziecku biegać, robić bam i obdzierać kolana.

Aha, ma plastikowe zabawki, ogląda już bajki, a ja nie prasuję ubranek od 2 miesiąca życia, więc może te pierwsze dwa miesiące prasowania chociaż na plus, co?

I jeszcze… I co jeszcze?

Macie swoją listę rodzicielskich „grzechów” wytkniętych wam bezpośrednio przez otoczenie lub pośrednio w internetach? A może nie należycie to tej niechlubnej grupy najgorszych rodziców? A może czas na coming out?

Dodaj komentarz